Nie od dzisiaj wiadomo, że Jemen jest na najlepszej drodze by stać się kolejnym, niebezpiecznym dla Zachodu „państwem upadłym”*. Funkcjonowanie tego kraju w warunkach głębokich podziałów plemiennych i religijnych, secesjonizmu dwóch ważnych prowincji, wyczerpujących się zasobów ropy naftowej i wody, rozkładu ekonomicznego i eksplozji demograficznej można przypisać chyba tylko wybitnym zdolnościom urzędującego od 1978roku prezydenta. Rok 2011 przyniósł jednak na Półwysep Arabski rewolucję, z którą obecny reżim nie potrafi sobie poradzić. Wraz z nią Jemen pogrążyć się może w wieloletniej wojnie domowej, dzieląc los państw takich jak Afganistan czy Somalia.
Jeszcze w niedzielę wydawało się, że Ali Abdullah Saleh pójdzie śladem przywódców Egiptu i Tunezji, ulegnie wielotysięcznym demonstracjom i zrzeknie się władzy. Przygotowany przez Arabię Saudyjską (i inne monarchie Zatoki Perskiej), USA i Wielką Brytanię plan przewidywał tymczasowe przekazanie władzy wiceprezydentowi, demokratyczne wybory oraz immunitet i bezpieczeństwo dla ustępującego lidera. Kiedy jednak na rezydencję jednej ze stołecznych ambasad, w której zgromadzili się dyplomacji w drodze na uroczystość podpisania porozumienia ruszyły wielotysięczne, uzbrojone oddziały Saleha, cały plan legł w gruzach. W poniedziałek wybuchły w stolicy Jemenu krwawe walki, opozycyjne plemiona przejęły część kluczowych budynków państwowych, śmierć poniosło już kilkadziesiąt osób. Wygląda to na początek wojny domowej...
Sytuację w Jemenie komplikuje ogromne zróżnicowanie antyreżimowej opozycji. Trudno w ogóle mówić o współpracy poszczególnych grup o często całkowicie sprzecznych interesach. Z jednej strony przeciw prezydentowi tradycyjnie występują szyiccy rebelianci z północy kraju, od 2004roku prowadzący z przerwami rebelię wymierzoną w władzę centralną i sunnicką ortodoksję sponsorowaną w Jemenie przez Arabię Saudyjską. Z drugiej- rośnie w siłę ruch separatystów z południa, którym marzy się odbudowa niezależnego państwa (marksistowski Jemen Południowy funkcjonował tam do 1990roku).
Kolejną grupę stanowią młodzi demonstranci z większych jemeńskich miast, którzy wzorując się na rewolucjonistach Egiptu i Tunezji uruchomili procesy, których na pewno nie kontrolują i których ofiarą wraz z resztą społeczeństwa niedługo padną. Zbuntowała się duża część armii z lojalnym do niedawna sługą reżimu, potężnym (i znienawidzonym przez pozostałe grupy opozycyjne) gen. Ali Mohsenem al-Ahmarem. W tym tygodniu posłuszeństwo prezydentowi wypowiedzieli przywódcy najpotężniejszej konfederacji plemiennej Jemenu, bracia al-Ahmar.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że życie polityczne Jemenu koncentruje się w plemionach a nie fasadowych partiach politycznych, możemy wyobrazić sobie totalny chaos jaki zapanuje gdy tylko w obronie reżimu ruszą lojalne jemu plemiona. W kraju, w którym na każdego obywatela przypadają trzy sztuki broni armia nie dysponuje tak porażającą przewagą jak w pozostałych państwach Bliskiego Wschodu. Nawet bez zagranicznego wsparcia dla opozycji walki mogą trwać bardzo długo. Już rozpoczętą wojnę domową w kraju bez tradycji silnej władzy centralnej zakończyć jest bardzo trudno. Wystarczy spojrzeć na ostatnie 20 lat w Somalii i 30 w Afganistanie...
Na zamieszaniu najbardziej skorzysta Al-Kaida Półwyspu Arabskiego, najsilniejszy poza Afganistanem odłam tej międzynarodówki terrorystycznej. Już kilka tygodni temu ogłosiła utworzenie islamskiego emiratu na południu kraju. Wprawdzie prezydent Saleh nie należał do najbardziej lojalnych sojuszników USA (jednego dnia zwalczał Al-Kaidę, drugiego- w porozumieniu z plemionami wypuszczał z więzień jej bojowników) to wraz z dezintegracją Jemenu zabraknie jakiejkolwiek władzy, z którą współpracować mogłyby amerykańskie służby. Ucierpią więc sąsiednie arabskie monarchie, ucierpi również Zachód.
Niestety ani USA ani Arabia Saudyjska nie mogą skutecznie zaangażować się w konflikty w Jemenie. Waszyngton wzywa Saleha do ustąpienia, ale ten prawdopodobnie z władzy dobrowolnie nie zrezygnuje. Trudno też postawić na wspieranie podzielonej opozycji gdy nie wiadomo czy dzisiejszy sojusznik nie przejdzie jutro na pozycje nam wrogie. Koalicje plemienne bywają nietrwałe i kto wie, czy manipulując poszczególnymi frakcjami wroga Saleh nie zdoła odzyskać inicjatywy.
Tak czy inaczej, jeśli wybuchu wojny domowej nie uda się powstrzymać, Jemen może okazać się pierwszym państwem- ofiarą „arabskiej wiosny”. Zachód jedynie może się temu z oddali przyglądać.
*Obszernie o problemach ekonomicznych i podziałach społecznych Jemenu pisałem 2 lata temu:
http://slavo.blox.pl/2009/05/Jemen-arabska-Somalia.html
http://slavo.blox.pl/2009/05/Jemenskie-podzialy.html



Uklony